Ożywić przewozy regionalne Kogo nie denerwują uliczne korki? Korki uliczne nie są tylko polską specjalnością. Spotyka się je na drogach, ulicach i autostradach wszelkich zakątków świata. Są one powszechnie spotykane na sześciopasmowych arteriach amerykańskich. Drogi mają tendencje do zakorkowania się w godzinach zmierzania obywateli do pracy i szkół oraz w czasie powrotów w domowe pielesze. Na temat przyczyn napisano całe tomy opracowań naukowych, jednak media i politycy w naszych realiach upraszczając sprawę do granic groteski, obarczają winą za obecny stan rzeczy stan dróg i/lub braki/opóźnienia w budowie autostrad/obwodnic. Wg zgodnych opinii rozwiązanie tych problemów jest tym cudownym panaceum. Jeśli taka teza miałaby się okazać słuszna to dlaczego korki są obecne na przecudnych autostradach Bawarii czy legendarnych drogach USA? W komedii z 1981r. Józefa Gębskiego pt. „FILIP Z KONOPII” inż. Andrzej Leski otrzymał nagrodę za pomysł przeniesienia centrum na przedmieścia. Dwadzieścia lat później takie procesy społeczne nikogo w Europie nie dziwią. Powszechną praktyką jest „ucieczka” młodych małżeństw z miejskich osiedli mieszkaniowych czy blokowisk w polskiej rzeczywistości do obszarów podmiejskich czy w objęcia wiejskiej sielanki. W polskiej rzeczywistości przemian gospodarczych po zmianie ustroju takie procesy były początkowo incydentalne. Jednak w połowie pierwszej dekady XXI w. po kilku przykładach zaczerpniętych wprost z serialowej rzeczywistości „domek za miastem” został mianowany numerem 1 na liście pożądania wielu rodzin. Jednak za ucieczką rodzin z dużych aglomeracji oraz miast nie nadążyły samorządy i rozbudowa infrastruktury. Dość powiedzieć, że wraz z tym procesem postępował lawinowy proces likwidacji połączeń komunikacji zbiorowej tych obszarów podmiejskich z aglomeracjami. Skutkiem tego był masowy zakup samochodów. W obszarach wiejskich statystycznie przypada 1 samochód na 1 dorosłego mieszkańca. Badania potwierdzają tezę, że te zakupy nie wynikały z chęci posiadania pojazdu, a stały się koniecznością. Wiek dwudziesty pierwszy wymaga od obywateli mobilności, ten slogan współczesnej filozofii zarządzania umknął samorządowcom, zarządzającym komunikacją zbiorową oraz kolejnym ekipom rządowym. W tych sferach kolejni ministrowie infrastruktury niczym papugi w tandetnym cyrku powtarzały mantrę „ autostrady, drogi ekspresowe i autostrady ”. W cieniu tego widowiska dokonywała się aborcja PKS i PKP. Problem miał zostać rozwiązany w ramach społeczeństwa obywatelskiego i wolności gospodarczej. W ramach prowadzonych samodzielnie przez PKP badań rynku wprowadzono reformę zwiększającą rentowność przewozów osobowych pasażerów. W praktyce sprowadzał się ten proces do wprowadzania w miejsce dwóch pociągów jednego w czasie pomiędzy. Mniemano, że pasażerowie się dostosują. Dla zilustrowania tego procesu trudno o lepszy przykład niż połączenia Łowicz- Łódź Kaliska i Kutno- Łódź Kaliska. W 1998 roku ze Zgierza do Łodzi Kaliskiej kursowały 24 pociągi na dobę. W tym samym roku ze Stargardu Szczecińskiego do Szczecina Głównego kursowały 63 pociągi na dobę. Ktoś może się spytać dlaczego wybrałem takie zestawienia. Obecnie mamy: | Relacja | Stan na 1998r. | Stan na 2010r. | Zmiana procentowa | | Stargard Szczeciński - Szczecin Główny | 27 pociągów | 25 pociągów | -8,00% | | Zgierz – Łódź Kaliska | 34 pociągi | 10 pociągów | -70,00% | Podane zestawienie dotyczy tylko pociągów osobowych, bo tylko one są atrakcyjne dla dojeżdżających do pracy oraz miejscowości i siedlisk podmiejskich, bo zatrzymują się na wszystkich przystankach. Porównanie z rozwiązaniami dojazdowymi wokoło europejskich metropolii jest dla polskich rozwiązań więcej niż druzgoczące. Standardem jest, że pociągi kursują co godzinę, a w godzinach szczytu co 30 minut, co kwadrans a bywają trasy, gdzie pociągi podmiejskie kursują co 5 minut. Żeby zobrazować rozmiary europejskich dworców to podam, że z dworca Milano Centrale w czasie pomiędzy 10:00 a 10:15 odjeżdżają 42 pociągi tj tyle ile ze stacji Łódź Kaliska w ciągu doby. Obok dworca Centrale znajduje się dworzec Milano Porta Garibaldi, który obsługuje ruch podmiejski i metro. W podanym okresie od 10:00 do 10:15 z tego dworca odjeżdża jeszcze 12 pociągów podmiejskich i 6 pociągów metra. Na pocieszenie dodam, że w Mediolanie również są korki. Jednak dworce w Mediolanie oraz w każdym innym mieście Włoch czy Europy w ciągu dnia pękają w szwach. Dworzec Łódź Kaliska w godzinach szczytu świeci pustakami. Gdyby nie koczujący bezdomni byłby pusty. O dworcach w Zgierzu przez dyskrecję nie będę wspominał! Kolej od ponad dekady wprowadza rozwiązania reformujące ją. Skutek jest taki, że z usług kolei lawinowo rezygnują pasażerowie, nie mogąc się połapać o co chodzi z biletami od różnych przewoźników oraz klienci towarowi nie mogąc znieść braku terminowości i panoszącej się plagi kradzieży, która jest udziałem słabo opłacanych pracowników. Natomiast cennik usług jest horrendalny. Skutkuje to tym, że cała masa towarów jest przewożona transportem kołowym skutecznie korkując drogi i zawyżając tragiczne statystyki po kolejnych weekendach. Obecnie kolej funkcjonuje tylko dzięki przewozom masowym paliw i węgla do hut i elektrowni, choć te przewozy również stają się celem konkurencji. Na marginesie dodam, że wprowadzane rozwiązania reformujące kolej wzorowane są na angielskich wzorcach z czasów thatcheryzmu. Rozwiązania te spowodowały prawie całkowitą śmierć przewozów pasażerskich i niespotykany rozwój przewozów autokarowych. Obecnie z powodów ekonomicznych i społecznych kolej na Wyspach Brytyjskich jest nacjonalizowana, ale o tym polscy neoliberałowie milczą. W minioną sobotę telewizje obszernie relacjonowały postępy w budowie stadionów. Muszę przyznać, że jak na prymusa ekonomicznego w UE wg premiera Tuska dokonania budowlane nie przyprawiają o zawrót głowy. W UE obecnie realizowany jest projekt budowy super linii kolejowej mającej połączyć Lizbonę z Kijowem. Obecnie przebijany jest tunel kolejowy mający połączyć Lyon z Turynem. Prawdopodobnie będzie to najdłuższy tunel kolejowy w Europie. Piszę „prawdopodobnie”, bo szwajcarscy inżynierowie głośno plotkują o kolejnym „szalonym” pomyśle tunelowym. Wracając do linii kolejowej. Nie jest już żadną tajemnicą, że linia ta w całości ominie Polskę. Jest to kolejna wielka europejska inwestycja, która łukiem omija Polskę. Wg opinii ekspertów Polska ma najgorszą infrastrukturę kolejową w Europie. Wg nakładów na 1 km linii kolejowej rocznie jesteśmy systematycznie od 4 lat wyprzedzani przez Albanię. Polska rocznie wydaje na utrzymanie, remonty i budowę 1 km szlaków żelaznych 1670 euro. Albania przekroczyła 2000 euro. Niemcy wydają 125 000 euro, Francuzi 140 000, a najwięcej wydają Włosi. W roku 2009 wydali 200 000 euro na 1 km szlaku. Takie wydatki spowodowane są zaawansowaniem prac m.in. we wspomnianą wyżej linię. Np. po zbudowaniu nowej linii kolei między Bolonią a Mediolanem pociągi mogą mknąć z prędkością ponad 300 km/h. Wcześniej trasę o długości 220 km pociągi Eurostar pokonywały w czasie nieznacznie ponad 2 godziny. Obecnie pokonanie tej trasy zajmuje im 1 godzinę i 4 minuty. Od stycznia 2011 roku trasa ta ma być pokonywana poniżej godziny. Jest to skuteczna próba dorównania dumie francuskiej TGV czyli linii Paryż – Lyon, gdzie trasę o długości 460 km pociąg pokonuje w czasie 1 godziny i 57 minut. Na wspomnianych trasach pociągi kursują co godzinę a w godzinach szczytu, co 30 minut. W większości pociąg jest zajęty przez posiadaczy biletów miesięcznych. Pytanie: Czy ktoś w Polsce dojeżdża do pracy codziennie 460 km? Zbliża się nieuchronnie termin rozegrania turnieju EURO'2012. Politycy martwią się o stadiony, o autostrady. Ja zdradzę czytelnikom tajemnicę, na czym Polska da dupy organizacyjnie. Na transporcie zbiorowym. Tak się złożyło, że w 2006 roku byłem na biwaku i w 2008 również byłem na biwaku z holenderskimi kibicami. Normą wśród kibiców zachodniej Europy jest wyjazd na turniej tzw. camperem z rodziną. Rodzinę i samochód się zostawia w atrakcyjnym turystycznie miejscu, natomiast sami kibice nie trzeźwiejąc koleją podróżują od stadionu do stadionu. W niemieckich warunkach pokonanie koleją 800 km z Hamburga do Monachium nie stanowiło problemu i zajmowało popołudnie /niespełna 6 godzin/. W Polskich realiach podróż z Mazur do Wrocławia zapewne będzie szokiem kulturowym na cały dzień /18 godzin podróży/. Znajomi po opadnięciu emocji z Mundialu rozpoczęli inwazje na moje konto pocztowe z prośbami o pomoc, o informacje. Początkowy entuzjazm zastąpiła chłodna kalkulacja. Dość powiedzieć, że kibice biorą pod uwagę przyloty ze swojego kraju wyczarterowanymi samolotami. Przemawiają za tym niższe koszty i czas. Kolejnym „za” samolotami są trudności w transporcie na Ukrainę. Czy są jakieś nadzieje? Samorządy muszą ożywić przewozy regionalne i koleje dojazdowe. Potem należy rozpocząć batalię o klienta, o pasażera. Zdobyć jego zaufanie. Może po kilku latach na drogach zrobi się luźniej. Może. KAJA
ROZWAŻANIA JEŻYKÓW Wespół w zespół Zespół złożony wyłącznie z posłów PiS, kierowany przez Antoniego Macierewicza ma ustalić przyczyny tragedii pod Smoleńskiem. Tak naprawdę, to badania zespołu będą skoncentrowane wokół dwóch tez wysuniętych przez "jedynie sprawiedliwych". Pierwsza z nich zakłada, że smoleński wypadek był zamachem, druga, że przyczyną katastrofy był zły klimat wytwarzany wokół prezydenta Lecha Kaczyńskiego przez rząd Donalda Tuska, wraz z zaniedbaniami rządu, które złożyły się na tą katastrofę. Można powiedzieć, iż zadaniem zespołu jest udowodnienie, że to co widzimy i słyszymy jest nierealne, zaś prawda jest tam gdzie chcą jej szanowni członkowie. Wynika z tego, że posłowie PiS będą chcieli dojść do prawdy, ale wyłącznie tej "prawdy", która obciąża rząd i Rosjan. Ksiądz Tischner swego czasu nazwał tego typu prawdę - "gówno prawdą". Tak więc niezależnie co wyjdzie w czasie wyjaśniania przyczyn katastrofy, oni już znają odpowiedzi na wszystkie pytania. Powołując taki zespół stawiają w trudnej sytuacji polskich prokuratorów, sugerując, że nie mają do nich zaufania. Jest to dziwne, gdyż wiadomo, iż prokuratura jest całkowicie niezależna i kieruje nią prokurator generalny, którego wybrał Lech Kaczyński. Postawienie na czele powołanego zespołu Antoniego Macierewicza jest rzeczą wiele mówiącą. Według Marka Wikińskiego z klubu Lewicy, Antonii Macierewicz jeszcze nigdy nic w życiu pożytecznego nie zrobił i nie zrobi, zaś senator PO, Mariusz Witczak dodał, że jest on osobą kompletnie niewiarygodną i przepełnioną szaleństwem w produkowaniu spiskowych teorii. Jednak teorie spiskowe pojawiające się w PiS w odniesieniu do katastrofy smoleńskiej, odrzucają wszystkie wyjaśnienia, które tak spektakularny dramat tłumaczą czymś tak zwykłym, jak błąd pilota, wywołany naciskami jego przełożonych. Łatwiej jest więc snuć teorie spiskowe, takie chociażby, że w Smoleńsku wypróbowywano tajną broń, dzięki której lądujący piloci popadali w dezorientację. O dziwo, te wszystkie teorie spiskowe padają na podatny grunt, dzięki postawie prokuratury, która twierdzi, iż po czterech miesiącach śledztwa wszystkie cztery hipotezy odnośnie katastrofy są równouprawnione (w tym ta o zamachu). W interesie publicznym jest, aby prokuratura na bieżąco, systematycznie informowała o ustaleniach śledztwa, aby móc jednak niektóre hipotezy wykluczyć. Prezes Kaczyński dał w kampanii przykład i partię miłością zaraził, w taki sposób, iż obecnie ta miłość u wielu członków eksploduje. Szczególnie widać to po partyjnych "jastrzębiach" PiS, zwanych też "talibanem" - takich jak chociażby Joachim Brudziński, który ostatnio powiedział: prezydent Kaczyński leżał w błocie i ruskiej trumnie. Sam zaś prezes zajmuje się sianiem nienawiści i oskarżaniem, w mniej lub bardziej zawoalowany sposób - PO i Rosjan o "zbrodnię" smoleńską. Rodzi się pytanie: czy ci co głosowali na Kaczyńskiego, bo się zmienił, nie poczują się teraz oszukani? Uważam że nie, gdyż tylko ludzie naiwni mogli uwierzyć, że Jarosław Kaczyński po śmierci brata zmieni się, z wilka stając się barankiem. Jest rzeczą oczywistą, że powołany zespół pod kierunkiem Macierewicza nic nie wyjaśni, ale tutaj chodzi o coś innego, aby o katastrofie smoleńskiej ciągle mówić (niekoniecznie z sensem) i atakować rząd oraz Rosjan, tak długo, aż - cytując innego klasyka PiS - "ciemny lud to kupi". Do tej sytuacji jak ulał pasują słowa piosenki "Jeżeli kochać" z Kabaretu Starszych Panów : "I wespół w zespół, wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc". Napieralski: Pomóżcie albo odejdźcie O tym, jak przeżył smoleńską tragedię, kiedy zdecydował się kandydować na prezydenta i o tym, że wewnętrzna opozycja w SLD ma wybór: zacząć pomagać albo odejść - Grzegorz Napieralski, lider Sojuszu, mówi w rozmowie z Michałem Karnowskim w dniu 23 lipca br. na łamach Polski The Times. Już ponad trzy miesiące minęły od tragedii smoleńskiej, która przyniosła wiele zmian politycznych. Także w Pana przypadku. Kiedy pierwszy raz Pan pomyślał: Jerzy Szmajdziński nie żyje, muszę kandydować? Przeżywałem tę sytuację w bardzo trudnych warunkach. Byłem wtedy sam w Waszyngtonie, bez rodziny, przyjaciół, znajomych. Była noc, spałem i o trzeciej nad ranem obudził mnie hotelowy telefon i głos pani pracującej w Departamencie Stanu. To ona przekazała mi tę tragiczną wiadomość. Wyłączył Pan wcześniej telefony komórkowe? Tak, bo rano miałem lecieć do stanu Iowa, chciałem się przed tym porządnie wyspać. Dlatego moi współpracownicy długo i bezskutecznie próbowali się ze mną skontaktować, dzwonili do ambasady polskiej i wszelkich miejsc, gdzie spodziewali się mnie znaleźć. Ostatecznie dotarli do osoby w Departamencie Stanu, która była ze mną w stałym kontakcie. Tak się o tym dowiedziałem. Pierwsza myśl? Że to niemożliwe, że to jest jakieś przekłamanie. Że to nie mogło się stać. Strasznie trudno było uwierzyć, że samolot z prezydentem i tyloma ważnymi ludźmi mógł się po prostu rozbić i że wszyscy zginęli. Do dziś trudno w to uwierzyć, a co dopiero będąc w Stanach Zjednoczonych, odcięty od świata. Nerwowo zacząłem szukać pilota od telewizora, żeby sprawdzić, co na ten temat nadaje CNN. Nadawała? Tak, cztery godziny po tragedii były już o tym informacje, pokazywali zdjęcia, byli pewni, że prezydent Lech Kaczyński nie żyje. Włączyłem telefon komórkowy Zaczęły schodzić SMS-y, jeden po drugim, w sumie ponad pięćdziesiąt. Nigdy nie zapomnę, jak zmieniała się ich treść. Pierwsze były niejasne: "Czy widzisz, co się dzieje?", "Jakaś katastrofa?". A potem coraz gorsze: "Podobno prezydent nie żyje...", "Na pokładzie byli Jurek Szmajdziński, Jolanta Szymanek-Deresz, Izabela Jaruga-Nowacka...". A wreszcie pewność, że wszyscy zginęli, że nikt nie ocalał, że skala katastrofy jest straszliwa. A dzisiaj, ponad trzy miesiące po katastrofie, jesteśmy bliżej odpowiedzi na pytanie, dlaczego do niej doszło? Ja nie mam takiej wiedzy. Jedno, czego bym chciał, czego domagam się od instytucji polskiego państwa, to dowiedzieć się, co się stało. Jak do tego doszło? Dlaczego nie żyją prezydent Lech Kaczyński, jego małżonka i tyle innych osób, dlaczego zginęli moi przyjaciele, ludzie lewicy. Domagam się tej wiedzy i jako polityk, i jako obywatel. Śledztwo jest prowadzone z właściwą do rangi tragedii troską? Chyba tak. Nie widzę rażących zaniedbań. Byłoby to zresztą straszne, gdyby władze takiej katastrofy nie traktowały poważnie. Przypuszczał Pan, że PiS i PO tak szybko po tym dramacie wezmą się za łby? Źle się stało, źle się dzieje. To zawód dla Polaków, dla nas wszystkich, którzy po tragedii czuliśmy się blisko siebie, zjednoczeni w bólu. Górę wzięła niestety nienawiść, tylko na krótko potrafili się niektórzy wznieść ponad swoje osobiste uczucia. A na nienawiść nie powinno być w polityce, w życiu publicznym miejsca. I cieszę się, że politycy lewicy nie biorą w tych pyskówkach udziału. Kto jest winny? Prawo i Sprawiedliwość? Platforma Obywatelska? Janusz Palikot? Joachim Brudziński? Zacznę od Palikota, którego zachowanie oceniam bardzo krytycznie. To niedobre wypowiedzi. Autoryzowane przez władze PO? Nie wiem, gdyby tak było, byłoby niedobrze. W SLD ktoś mógłby tak mówić? Nikt z nas nie zniżyłby się do takiego poziomu. A gdyby próbował? To szybko bym zareagował. Zresztą, robiłem to kilka razy. Premier Donald Tusk też mógłby więc zareagować? Tak sądzę. Dziś trzeba szczególnie ważyć słowa, nawet jeśli emocje podpowiadają jednemu czy drugiemu ostrzejszy kurs. Trzeba pamiętać, jak łatwo urazić innych. Palikot o tym zapomniał, przekroczył granice przyzwoitości. A Jarosław Kaczyński? Był bardzo ostry. Niepotrzebnie. Rozumiem go jako człowieka, współczuję mu z całego serca, bo stracił brata bliźniaka, bratową, przyjaciół. Ale prezes PiS powinien też pamiętać, że jest jedną z najważniejszych osób w państwie, powinien mówić ostrożniej, a nie podgrzewać atmosfery. Jak Pan patrzy na spór o krzyż pod Pałacem Prezydenckim spontanicznie postawiony przez harcerzy tuż po katastrofie? Sprawa jest oczywista, w ogóle nie rozumiem, dlaczego jest spór. Teraz to ja nie rozumiem. Wyjaśniam. Od katastrofy minęły już trzy miesiące, naturalnie kończy się okres tej największej żałoby. Krzyż jako symbol religijny powinien znaleźć się w miejscu kultu religijnego i dobrze, że tak ostatecznie zdecydowano. Ten krzyż na placu Piłsudskiego upamiętniający wizytę Jana Pawła II też Pana razi? Nie, mówię o tym postawionym spontanicznie przed Pałacem Prezydenckim. A jeśli na tablicy czy monumencie postawionym przed Pałacem znajdzie się znak krzyża, to Pana zdaniem będzie to naruszało wrażliwość ludzi lewicy? Nie chcieliby tego śp. Szymanek-Deresz, Jaruga-Nowacka, Jerzy Szmajdziński? Nie umiem odpowiedzieć za osoby, które nie żyją. Ale wiem, że na świecie tablice państwowe nie zawierają symboli religijnych. Wróćmy do wyborów prezydenckich. Kiedy uznał Pan, że musi kandydować? To trochę trwało. Sporo osób uważało, że powinien kandydować Janusz Zemke, przyjaciel Jerzego Szmajdzińskiego, że to miałoby charakter normalnej kontynuacji. Inni uważali, że lider partii musi się tego podjąć, że w tak trudnym czasie to jego obowiązek. Pojawiały się też inne nazwiska. Zdecydowało spotkanie z szefami rad wojewódzkich, których poprosiłem o przeprowadzenie w terenie konsultacji. Wynik był jednoznaczny - powinien się tego podjąć lider, bo to zamyka różne wewnętrzne spory, jest naturalne, bo nasi ludzie tego właśnie chcą. Wahał się Pan? Każdy by się wahał. Ale podjąłem się tego. Pamiętam, że na zarządzie partii powiedziałem, że to dla nas trudna chwila, ale też szansa. I że musimy w tych wyborach zawalczyć o obecność na scenie politycznej po wyborach, o zbudowanie silnej pozycji. To był mój cel. I postawiłem tylko jeden warunek: musi być zgoda. Bez tego nikt niczego nie dokona. Ale zgody nie było. Tak, niestety wszystkich do tej tezy nie udało mi się przekonać. Byli politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy wsparli Bronisława Komorowskiego przed drugą turą, a Włodzimierz Cimoszewicz, były eseldowski premier, zrobił to nawet przed pierwszym głosowaniem. To było przykre, to było bardzo bolesne. Ale nie tylko dlatego, że poparł kogoś innego. Chodziło też o to, że rok wcześniej, kiedy kandydował na sekretarza generalnego Rady Europy, wsparłem go i wszyscy ludzie lewicy z całych sił. Nie patrzyliśmy na własny interes, ale zależało nam, by tak wartościowy polityk mógł służyć Polsce. Jeździłem wtedy po całej Europie, szukałem dla niego poparcia w partiach lewicowych, włożyłem w to naprawdę dużo wysiłku. Przekreśliłem wtedy to, co było wcześniej, stare żale lewicy. Uznaliśmy, że musimy pomóc. Ale kiedy my potrzebowaliśmy takiej pomocy, otrzymaliśmy od premiera Cimoszewicza taki cios. Nie ukrywam - zabolało. Przez kilka dni mocno. I politycznie, i osobiście. Nikomu tak bolesnego doświadczenia nie życzę. Dlaczego to zrobił? Nie wiem. Krążą różne teorie, ale nie będę o nich mówił. Nie wiem. To było ostateczne przecięcie pępowiny łączącej byłego premiera z lewicą? Włodzimierz Cimoszewicz już wybrał. Platformę Obywatelską. Jest elementem obozu PO? Tak. Poparcie kandydata partii władzy w momencie, kiedy jest kandydat lewicowy, w tym właśnie momencie silny, jest niezrozumiałe. Nie chcę być zarozumiały, ale wtedy właśnie sondaże zaczęły rosnąć. Będzie Pan po tym wszystkim potrafił jeszcze rozmawiać z Włodzimierzem Cimoszewiczem? Jak się spotkamy, kilka słów pewnie zamienimy. A Ryszard Kalisz? Wojciech Olejniczak? To było dziwne. Pokazaliśmy przecież w tej kampanii, że można inaczej uprawiać politykę, można nie kłócić się, nie krzyczeć, a rozmawiać z ludźmi. Rozmawiałem wtedy z Wojtkiem Olejniczakiem. Długo mu tłumaczyłem, żeby nie podejmował żadnej decyzji, nikogo nie popierał wbrew decyzji całej partii. Przypominałem, że za chwilę sam będzie startował w wyborach i warto, by był fair wobec kolegów. I wyborców. Przecież mógł zrobić to co ja, pójść także po pierwszej turze do ludzi, być pod fabrykami, na bazarach, rozmawiać z Polakami, zapytać ich, co o tym sądzą. Porozmawiać ze strukturami partyjnymi. Cóż, zrobił, co uznał za właściwe. Ma teraz problem? Ma w tym sensie, że nie bardzo wiem, jak zamierza teraz walczyć o prezydenturę Warszawy. Wystąpił na wiecu Platformy Obywatelskiej, partii, która rządzi w stolicy.A teraz będzie mówił na swoich wiecach, że chce jej odebrać w tym mieście władzę? To nielogiczne. Nieoficjalnie wiadomo, że niektórzy politycy SLD są namawiani do przejścia do PO, do wzmocnienia jej lewego skrzydła. Ale to się nie uda. Dziwię się tylko ludziom Platformy, którzy budowali od początku tę partię, płacili sporą cenę, znosili ataki. A teraz widzą, że powstało coś, co nie jest ich, co nie ma wyrazu, charakteru, tożsamości. Gdzie miejsca na listach dostają ludzie od Krzaklewskiego do Danuty Hübner. Ileż oni wytrzymają? A druga sprawa, to już raz, na początku lat 90., próbowano budować koncesjonowane lewice. Wiemy, jak się skończyło. Palikot chwali się, że wychodzi z PO, zakłada lewicę i ma 10 procent. Marek Borowski też się kiedyś tak chwalił. Mówią w Pana partii, że będzie się Pan mścił na Kaliszu, Olejniczaku i innych. To nieprawda. Mam jednak dla nich ofertę, a właściwie pytanie: czy chcą być politykami nowoczesnej lewicy, którą budujemy, jak widać z pewnym sukcesem? Czy może źle się z nami czują i chcą poszukać własnej drogi? Każdy może wybrać własną drogę, to wolny kraj. Jak mają konkretnie odpowiedzieć? Zaprzestać z Panem polemik? Przestać się odzywać? Mogą polemizować, ile chcą, ale w miejscach do tego odpowiednich, jak władze partii. No właśnie, a na zewnątrz mają milczeć? Na zewnątrz mają prezentować linię ustaloną przez władze partii, szerokie gremia skupiające wielu działaczy. Jak można nie bronić partii, do której się należy? Kto to akceptuje? To jest ultimatum? Nie, to propozycja. Jasna: panowie, albo nie przeszkadzacie, staracie się pomagać, albo odejdźcie, idźcie swoją drogą. Co dalej z posłem Bartoszem Arłukowiczem? Walka o Szczecin jest aktualną ofertą dla niego? Odbyliśmy długą rozmowę. Powiedziałem mu jasno: do niczego cię nie będę zmuszał, mam dla ciebie kilka pomysłów w Warszawie, chociaż byłoby dobrze dla nas wszystkich, gdybyś poważnie powalczył o prezydenturę Szczecina. Ale nic na siłę. Ma wybór. Byli premierzy: Józef Oleksy, Leszek Miller, znajdą się parlamencie? Nie rozmawiałem z nimi na ten temat. Bo czekają na rozmowę. Tylko Józef Oleksy tak mówi. Ale nie było jeszcze o tym rozmowy. Cieszę się, że obaj angażują się w sprawy kontaktów zagranicznych naszej partii, mają w tym obszarze duże doświadczenie i są potrzebni. Mocno czuje się Pan w siodle partyjnego lidera? Po raz pierwszy od dawna opozycja wewnętrzna nie jest Pana głównym problemem, nie ma tego wiecznego szarpania SLD, które było stałą cechą Pana partii. To prawda, czuję się silniejszy. Kwestia przywództwa w Sojuszu Lewicy Demokratycznej została rozstrzygnięta jednoznacznie. Pan? Tak. Tak wskazali wyborcy. Na jaki wynik Pan liczył w wyborach prezydenckich? Na pewno dwucyfrowy, około 10-11 procent. Zdobyliśmy więcej. A startowaliśmy z poziomu 2 procent. I rozpoznawalność, którą da się opisać zdaniem, że mało kto Pana w ogóle kojarzył. Było ciężko. Znakomicie pracował sztab wyborczy z Markiem Wikińskim na czele. Ale pomogło nam też wielu wolontariuszy, to budzi nadzieję. Dziękuję im. Najtrudniejszy moment tej kampanii? Kiedy harowaliśmy straszliwie, ograniczaliśmy nawet sen, a notowania nie ruszały. Ale na szczęście ruszyły. Kto wymyślił piosenkarki bliźniaczki, czyli Sisters? Tajemnica. Sztab. Marek Belka jako prezes Narodowego Banku Polskiego, już urzędujący, to z dzisiejszego punktu widzenia dobra decyzja? Tak, to dobry fachowiec. I to nigdy nie było problemem. Kłopotem była formuła zgłoszenia tej kandydatury przez marszałka Bronisława Komorowskiego. Powstało duże, niepotrzebne zamieszanie. Zabrakło ze strony pana Komorowskiego wcześniejszych konsultacji, normalnej rozmowy. Zamiast tego był de facto szantaż -poprzyjcie, bo musicie. Tak się nie rozmawia, to nie jest partnerskie podejście. Ani do nas, ani do ludowców, którzy nic o tym wcześniej nie wiedzieli. Ale Marek Belka będzie dobrym prezesem NBP. Jednego możemy być pewni - niezależnym. Nie kusiło Pana, by sprzedać głosy zdobyte w I turze? Nie, bo to byłby dla mnie kiepski interes. Prezydent elekt Bronisław Komorowski odniósł triumf? Nie wiem. Niewykluczone, że inny kandydat Platformy odniósłby większy sukces. To będzie dobry prezydent? Zobaczymy. To, co martwi, to wycofywanie się z obietnic. Wyraźne stwierdzenia, że to było oszustwo. I nie rozumiem tej prośby o 500 dni spokoju. Przecież przez ostatnie trzy lata mieli przygotowywać ustawy, teraz powinni wyciągnąć gotowe projekty. Ale wiele wskazuje, że nic nie zrobili, że tych ustaw nie ma. Będzie zmiana w mediach publicznych? Dobra zmiana? Zakusy na media publiczne, w sensie kadrowym, są w Platformie od dawna. Nic nowego. Zobaczymy, jak to się skończy. Czym Palikot różni się od Kaczyńskiego? Jakiś czas temu z zainteresowaniem obejrzałem najnowszy film Woody Allena „Co nas kręci, co nas podnieca”. Moją uwagę przykuła scena, gdzie główny bohater opowieści nie potrafi zrozumieć fenomenu zainteresowania mediów człowiekiem uwolnionym z niewoli jakieś bojówki partyzanckiej. Dla owych mediów ów obywatel był bohaterem, natomiast dla głównej postaci filmu owo zainteresowanie było niezrozumiałe ponieważ wg jego kryteriów ów „bohater” był fajtłapą, która dała się złapać. Każdy ma „swoje pięć minut”. Jednak po owych „pięciu minutach” możemy poznać klasę człowieka. Podobnie poznać kaliber człowieka po sposobie w jaki wykorzysta tą szansę. Janusz Palikot swoim zachowaniem może irytować, choć ja osobiście jestem pełen uznania dla jego inteligencji i spojrzenia na politykę. Jednak po głębszej analizie okazuje się, że jego zachowanie jest tylko skutkiem zachowania polityków PiS. Jest tylko ich kopią i logiczną konsekwencją. Pytanie brzmi: czym Palikot różni się od Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Macierewicza, Ziobry czy Kępy? Prawie niczym! Prawie, bo swoje zachowania i manifestacje nie okrasza bogoojczyźnianym sosem. Jest przy tym równie cyniczny jak pisowscy piewcy prawdy i „moralności”. 10 kwietnia tragicznie zmarło 96 osób. Podkreślam ZMARŁO. Nie bacząc na tragedię tych rodzin, Jarosław Kaczyński bez zmrużenia okiem oznajmia, że jego brat POLEGŁ! Słownik j. polskiego tak określa definicję słowa „POLEGŁ”: „podniośle: umarł, zginął, zazwyczaj w walce, z bronią w ręku, na wojnie” Ja na miejscu polityków byłbym ostrożny z szafowaniem tym terminem. Może są w posiadaniu dowodów, że Lech Kaczyński zginął z bronią w ręku? Może na pokładzie samolotu toczył walkę? Z kim? W jaki sposób przemycił broń na pokład samolotu? Cyniczne są również niektóre rodziny ofiar. Wykorzystując okoliczności próbują stać się „pięciominutowymi bohaterami mediów”. Obrzydliwe jest to oraz fakt wykorzystywania tych rodzin przez polityków prowadzących swoje gierki. W całym tym spektaklu Janusz Palikot jest najmniej cyniczny. KAJA Minister Sprawiedliwości na „Meczu Równych Szans Jonatana” - Młodzi ludzie, niezależnie z jakiego środowiska się wywodzą, mają równe szanse. Dzisiejsze spotkanie ma w sposób symboliczny im to udowodnić – powiedział Minister Sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, rozpoczynając w dniu 26 lipca br. „Mecz Równych Szans Jonatana”. Spotkanie zostało rozegrane na boisku „Orlik” przy Szkole Podstawowej nr 114 w Łodzi. W drużynie Jonatana zagrali uczestnicy programu „Jonatan”, którzy rozpoczęli już cykl szkoleń zawodowych i motywacyjnych zajęć sportowych. Rozgrywkę rozpoczął Minister Sprawiedliwości – Krzysztof Kwiatkowski. Program „Jonatan” jest skierowany do młodzieży ponadgimnazjalnej w wieku 17-20 lat, która z racji trudnych uwarunkowań, takich jak środowisko, problemy rodzinne, alkoholowe, ma znacznie utrudniony start w dorosłe życie i bez pomocy z zewnątrz będzie miała znacznie ograniczone możliwości na rynku pracy. Celem programu jest pomoc młodym ludziom w osiągnięciu sukcesu w życiu dorosłym. Program „Jonatan” składa się z zajęć sportowych, które są motywatorem do wytężonej pracy nad samorozwojem oraz zajęć zawodowych które pozwolą wyszkolić doskonały personel. Ministerstwo Sprawiedliwości współorganizuje program w ramach swojej działalności profilaktycznej. Część uczestników programu pochodzi z nadzorowanych przez resort ośrodków wychowawczych. Rozpoczęty w 1998 r. na południu Włoch projekt - w ramach struktury tylko jednej firmy - pozwolił przywrócić do lokalnych społeczności 80 młodych ludzi z zapóźnionych socjalnie obszarów. Stało się tak dzięki znalezieniu im dobrej pracy i wpojeniu wartości społecznych, ważnych w życiu codziennym. Projekt wprowadzano przy współpracy z włoskim Ministerstwem Sprawiedliwości. Polską edycję programu – pod patronatem Ministerstwa Sprawiedliwości - zainaugurowano w maju tego roku w Łodzi. Nie szukaj wymówek, porozmawiaj z lekarzem W dniu 7 czerwca 2010r. rozpoczęła się w Polsce kampania społeczna „Nie szukaj wymówek, porozmawiaj z lekarzem”, której celem jest podnoszenie świadomości mężczyzn na temat zaburzeń erekcji, ze szczególnym podkreśleniem wagi zwrócenia się o pomoc do lekarza przy tego rodzaju problemach. Kampania, której pomysłodawcą i sponsorem jest firma Eli Lilly, ma zasięg międzynarodowy. Opiera się na trzech głównych filarach: kampanii reklamowej, stronie internetowej oraz działaniach edukacyjnych prowadzonych w poradniach i placówkach specjalistycznych. Reklama telewizyjna, będąca integralną częścią kampanii, będzie pokazywana przez najbliższe miesiące w 14 krajach europejskich, między innymi w Polsce, Hiszpanii, Francji, Włoszech oraz Wielkiej Brytanii. W Polsce patronat naukowy nad kampanią objęły Polskie Towarzystwo Urologiczne oraz Polskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej. Problem zaburzeń erekcji (nazwa międzynarodowa: erectile dysfunction – ED) jest bardzo powszechny we współczesnym społeczeństwie – dotyka 40% mężczyzn powyżej 40. roku życia. Wraz z wiekiem procent ten rośnie. Mężczyźni nie są jednak skłonni leczyć swoich dolegliwości, mimo, że 95% przypadków zaburzeń erekcji można skutecznie leczyć. Mężczyźni często szukają wymówek, by nie traktować swojego problemu poważnie lub sądzą po prostu, że zaburzenia erekcji są normalne dla średniego i starszego wieku, dlatego nie da się ich efektywnie leczyć. Wielu z nich uważa, że dysfunkcja ta jest spowodowana czynnikami psychologicznymi, takimi jak stres czy problemy emocjonalne. W rzeczywistości czynniki te stanowią źródło problemu zaledwie w 20% przypadków. Jednak, na skutek błędnych wyobrażeń i niepełnej informacji, większość mężczyzn z zaburzeniami erekcji nie decyduje się zwrócić o pomoc do lekarza. „W Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, zaburzenia erekcji są bardzo popularnym problemem wśród mężczyzn po 40. roku życia. Niestety mężczyźni są niechętni, by mówić o tego rodzaju zaburzeniach, ponieważ silnie wiążą się one z ich sferą emocjonalną i poczuciem własnej wartości jako mężczyzny. Bardzo ważne jest więc edukowanie społeczeństwa, w tym mężczyzn, ale także ich partnerek czy lekarzy pierwszego kontaktu, na temat tego, że z ED można skutecznie walczyć. Trzeba tylko podjąć „męską decyzję” i zgłosić się do lekarza urologa lub seksuologa.” – powiedział prof. Zbigniew Lew Starowicz, Konsultant Krajowy w Dziedzinie Seksuologii. Kampania „Nie szukaj wymówek, porozmawiaj z lekarzem” została zaprojektowana w odpowiedzi na fakt, że mężczyźni bagatelizują objawy związane z zaburzeniami erekcji oraz unikają kontaktu z lekarzem. „Chcemy uświadomić mężczyznom, że zaburzenia erekcji to problem, któremu można skutecznie zaradzić. Nierozsądnym podejściem jest samodzielne diagnozowanie problemu i szukanie leków na własną rękę czy też szukanie wymówek i lekceważenie problemu. Najważniejsze dla każdego mężczyzny jest zrobienie tego pierwszego kroku – uznanie własnego problemu i decyzja o pójściu do lekarza, który opierając się na profesjonalnej wiedzy i doświadczeniu będzie w stanie pomóc pacjentowi. W momencie, gdy mężczyźni uświadamiają sobie, że nie są osamotnieni ze swoją dolegliwością oraz to, że zaburzenia erekcji mogą być leczone jak każde inne schorzenie, zyskują motywację, by pokonać swoją przypadłość.” – powiedziała Radunka Cvejič z firmy Eli Lilly, organizatora kampanii. Głównym elementem kampanii jest 10 i 30-sekundowy spot reklamowy zatytułowany „Nie szukaj wymówek”, który przez najbliższe miesiące będzie pokazywany w 14 krajach w Europie. W Polsce jego emisja rozpoczęła się w czerwcu od projekcji w Internecie (onet.pl, dziennik.pl, biznesowe i finansowe strony www oraz kontekstowo wyszukiwarki Google i Netsprint), a następnie spot był pokazywany w Programie 1 Telewizji Polskiej, podczas transmisji z finałów Mistrzostw Świata w Afryce. Niezwykle ważnym elementem kampanii jest też bardzo nowoczesna strona internetowa www.porozmawiajzlekarzem.pl. Witryna ta może pomóc każdemu, kto interesuje się problemem ED – mężczyznom, którzy dopiero zaobserwowali u siebie objawy zaburzeń erekcji, takim, u których schorzenie zostało już zdiagnozowane oraz ich partnerkom. Strona została zaprojektowana w ciekawy, interaktywny sposób – prowadzi każdego szukającego informacji przez interesujące go zagadnienia i zapamiętuje, które z nich okazały się szczególnie ważne dla danej osoby. To wszystko po to, by osoba zainteresowana ED pod koniec swojej wizyty na stronie mogła wydrukować spersonalizowaną ulotkę z dotyczącymi jej problemami. Jeśli na przykład jest to mężczyzna z pierwszymi objawami zaburzeń erekcji, może on od razu z ulotką udać się do lekarza, by przedyskutować z nim swoje dolegliwości. Dzięki odsyłaczowi na stronie można również przenieść się do wyszukiwarki gabinetów lekarskich w najbliższej okolicy pacjenta. Żeby zapewnić pełną swobodę i niezależność wyboru lekarza, wyszukiwarka ta obsługiwana jest przez niezależny podmiot. Co bardzo ważne, na stronie znajduje się również test ED, który pozwala mężczyznom odpowiedzieć na pytanie, czy zaobserwowane przez nich objawy mogą świadczyć o zaburzeniach erekcji. Wynik takiego testu także zostanie dołączony do drukowanych materiałów i może stanowić doskonały punkt wyjścia do rozmowy z lekarzem. Celem programu nie jest bowiem reklama żadnych produktów leczniczych, ale zmotywowanie mężczyzn do rozmowy z lekarzem. Kampania „Nie szukaj wymówek, porozmawiaj z lekarzem” prowadzona będzie także w przychodniach i poradniach specjalistycznych. Tam na pacjentów będą czekać materiały informacyjne podające adres strony internetowej kampanii i zawierające jej główne przekazy, które mają za zadanie ośmielić mężczyzn oraz zachęcić ich do wzięcia sprawy w swoje ręce i udania się po pomoc do lekarza. W Polsce patronat naukowy nad kampanią objęły Polskie Towarzystwo Urologiczne oraz Polskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej.
|